Znowu robię okazjonalnie za wielbłąda dźwigając sterty książek. Hintelektualne higraszki. Kupiliśmy sobie z Szanownym Małżonkiem niezniszczalne baterie do ładowania (hura, wiwat środowisko naturalne!), więc można się teraz napawać robieniem tysiąca fotek... ale, ale- zbliża się nieubłaganie chwila, kiedy niżej podpisana Mardou Fox, będzie musiała zasiąść do pisania drugiego rozdziału swej rozpadającej się pracy. Nic nie jest takie różowe. Na zdjęciach poniżej prezentuję outfit biblioteczno- pizzowy. Trzy godziny w czytelni BŚ zszarpały moim żołądkiem. Dobrze, że miałam słuchawki na uszach (Beck !!! aaa!!!) i nie słyszałam tego przeraźliwego burczenia :D Żal mi jedynie osoby siedzącej przy stoliku nr 15... (pozdrawiam i przepraszam). Na szczęście Panna M miała czas na chwilę spotkania. Bez jedzenia się nie obyło, a jakże :) Ludzie, bierzcie ulotki na ulicach! w ten sposób stałam się posiadaczką kuponów rabatowyh do pizzerii (niestety nie tej najlepszej na świecie, ale też, że tak powiem, niezgorszej). Kończę słowotok, zapraszam do oglądania.





spodnie- ciucholand (po kolejnym obejrzeniu "Bóg jest wielki, a ja malutka przypomniałam sobie jak ja uwielbiam przykrótkie spodnie :))
koszula- ciucholand (Diesel za 1, 60 :))
t-shirt- ciucholand
chusta- ciucholand
buty- ciucholand
okulary- prezent od Męża
A teraz na kolejny zlot czarownic do Green :D Wittgenstein poczeka.