Wszystkim oczekujących na post stricte ubraniowy muszę niestety rozczarować. Powód jakże prozaiczny- nie mam kiedy robić sobie zdjęć. Jedyne fotografie jakie ostatnio zostały mi zrobione, powstały raczej kiedy to ja obpstrykiwałam wszystkich wkoło, po czym zwracałam się do Czerema z cierpiącym wyrazem twarzy pt. "dlaczego mnie nikt nie zrobi zdjęcia?".... bywa... No, ale dużo się ostatnio działo. Zresztą, spójrzcie sami: (chronologicznie :D)
1. Moja mania muzyczna. Znajduję się w stanie permanentnego zakochania w dźwiękach. Słucham, tworzę, podniecam się, otulam się muzyką, można by rzec :) Najlepszy sposób żeby nie zachorować :) Obecnie:
Editors

2. Wszelkie smęty z poprzedniego tygodnia spowodowane były wyjazdem Szanownego Małżonka na czterodniowy staż do Belgii. Bez sensu. Poniżej: co robię jak mi smutno o trzeciej w nocy... + poranne piękne Pławy


(dziewczę o szczupłych kostkach :)))

3. Zeszłotygodniowy wypad środowy do nowego krakowskiego lokum Soni. Grzane wino numer jeden i Gruzińskie Chaczapuri w godzinach promocyjnych, mniam... :)



4. Grzane wino numer dwa: w zaciszu pławskiego domu, z pływającymi wewnątrz orzechami i pomarańczami+ piernik. Obłędność. Tak. I faktycznie bez sensu jest wlewanie grzańca do dużych kubków od razu. Za szybko stygnie. Starzeję się, to i mądrości ludowe mogę prawić, a co :) proszę również zwrócić uwagę na drugi plan- moją babcię odzianą w panterkowy sweter :) Soł trendi!


5. Sobotni wieczór z plejstejszyn ! W ramach takiej oldskulowej rozrywki. Mój Mężczyzna tarzający się ze śmiechu po podłodze, zaraz po tym jak nagrał moje wzburzenie przy grze w Tekena (czy jak to idzie)- bezcenne :D Film zawiera wyrażenia niecenzuralne, więc go tu nie pchałam :) ale uwielbiam, sama nie wiedziałam, a uwielbiam. Ale nie z Szanownym Małżonkiem, bo on jakieś taktyki przyjmuje, tylko z Czeremem, żeby się zdrowo ponaparzać :D
Hasło dnia: "wszyscy jesteśmy gryzoniami". Kocham moją babcię.

panowie grali w fife, co było dość nudne :/


a ja, jak to określił Mąż Mój Ukochany- gram całym ciałem :D (aha, tu chyba jeszcze tego nie widać, ale Czerem mnie obcięła... trochę krócej niż chciałam :D)
7. No i najważniejsze: piękny mój chrześniak- Pan Oskar przyleciał i jest, jest. Pachnący, gulgoczący, biegający i ogólnie rozczulający (ale nie krzywcie się tak- generalnie nie wszystkie dzieci tak lubię :)). Jako wyrodna ciotka filolożka podarowałam mu książkę, "Ptasie radio" of course. Najgenialniejsze dla dzieci, które cieszą się z samego brzmienia słów. Zdjęć mało, ponieważ jak już napisałam, zajmowałam się w większości fotografowaniem Oskara z innymi członkami rodziny, dla mnie mu już nie starczyło cierpliwości, więc wygląda to jakbym (cytuję Szanownego Małżonka) "męczyła dziecko". Może się jeszcze do kochanej cioci przyzwyczai :D

Coś mi się zdaje, że jutro będzie kolejny post, ponieważ napstrykałam dzisiaj Mężowi zdjęć podczas jednego z jego ukochanych zajęć: rąbania drewna :D
Jakże bym się Drwalem nie pochwaliła?